Z okazji grypy zostałem skazany przez panią doktór na tygodniowy pobyt w domu. Sensownie, bo w pracy bym się na wiele nie przydał z gorączką i bez głosu. Martwi mnie, że nie jeżdżę na rowerze, bo przez lipcową kontuzję i tak już sporo ładnych dni straciłem, a kilometry same się nie robią. Żeby coś mieć z tego chorowania (bo na zabawę z dzieckiem nie mam wiele sił), czytam książki. Najpierw nadrobiłem wstydliwą zaległość i przeczytałem wyborną Madame Libery, potem postanowiłem odświeżyć sobie czytanego przed kilkunastu laty i mocno już zapomnianego Złego Tyrmanda. Jeszcze nie skończyłem, ale już zaznaczyłem sobie dwa ciekawe fragmenty związane z podejściem do zdrowia teraz i w połowie ubiegłego stulecia.
- Jaki facet? Co za facet? Więc to, że biła za każdym razem ta sama ręka, przyjmuje pan jako pewnik? - dziennikarz szukał po kieszeniach. Wyciągnął mentolowe, poczęstował sierżanta i wetknął papierosa w usta rannego. - Chyba mu nie zaszkodzi? To te zdrowotne... - rzekł do Halskiego. Lekarz skinął przyzwalająco i przytknął zapałkę. Ranny zaciągnął się chciwie. (s. 14)
- Jeszcze jedną, dziewczyno. Parówki są niezwykle zdrowe. Wzmacniają przeguby - powiedział Halski, wyjmując nos z pienistego kufla z jasnym piwem. - Mówię to pani jako lekarz. (s. 69)
Lekarz zaleca zaleca zdrowotne papierosy i niezwykle zdrowe parówki! Aż chce się zacytować pierwsze słowa wspomnianej powieści Libery: Dawniej to były czasy!. I może nie ma się co dziwić, że ten lekarz parę godzin po wypowiedzeniu zdania o parówkach zapadł w śpiączkę.
Leopold Tyrmand, Zły, Prószyński i S-ka, Warszawa 1990,
Antoni Libera, Madame, Znak, Kraków 2007.
Już od ponad miesiąca nie mam pracy, więc sporo czasu spędzam z synkiem. Na zdjęciu bawi się przy fontannie w Parku Kultury na Powiślu:
Byliśmy tam, żeby oglądać rozgrywki w bike polo w ramach Cycle Messenger World Championships 2011, czyli mistrzostw świata kurierów rowerowych, które w tym roku odbywają się w Warszawie. Okazało się jednak, że synka bardziej od zawodników na rowerach interesuje fontanna, do której można wrzucać kamienie. Jeśli chodzi o mistrzostwa, to miałem pewne plany z nimi związane, ale zostały one udaremnione przez kontuzję lewej nogi, którą odniosłem podczas wyprawy do Iławy 9 lipca. Od tego czasu nie jeżdżę na rowerze (czasem próbuję, ale szybko wracam do domu z bolącą nogą). Niewesoło.
Niezbyt wesoło kończy się ten lipiec. Jednego dnia obłąkany chrześcijanin-neonazista zabił w Norwegii setkę dzieci, następnego Amy Winehouse nareszcie udało się rozstać z tym światem. Oczywiście tych dwóch wydarzeń nic nie łączy, ale oba odebrałem bardzo niemiło. Różnie, bo pierwsze było wstrząsające, a drugie po prostu sprawiło mi ogromną przykrość, bo straciłem nadzieję, że Amy jednak nagra jeszcze coś dobrego. Nie nagra.
Wczoraj wieczorem wybrałem się pod ambasadę Norwegii, okazać solidarność narodowi zgnębionemu przez chrześcijańsko-nazistowskiego bydlaka. Byłem tam ok. 22:00, ponad dobę po masakrze. Myślałem, że zastanę morze zniczy, ale nie było ich więcej niż ofiar Andersa Behringa Breivika. Myślałem, że zastanę przynajmniej grupkę ludzi, tymczasem przez pierwsze pół minuty stałem sam. Po chwili dołączyła jakaś dziewczyna, a po kolejnej minucie przyszła do nas pani z ambasady. Dziękowała za wyrazy solidarności, obie panie płakały. Po powrocie do domu odkryłem, że na Facebooku są przynajmniej setki stron wyrażających nienawiść wobec Breivika. Ludzie życzą mu śmierci, opisują dokładnie metody jej zadania, zamieszczają obraźliwe przeróbki jego zdjęć etc. Udało mi się także znaleźć kilka stron pochwalających Breivika i jego działania. No cóż, Lem powiedział już dawno...
Dziś poszperałem po moim blogu w poszukiwaniu starych wpisów o Amy Winehouse. Znalazłem kilka, w końcu to była moja ulubiona wokalistka (płeć ma znaczenie). Jeden z nich mocno poprawił mi nadpsuty nastrój. Polecam obie wersje językowe tego wpisu, można się pośmiać!
Ponieważ minęły już prawie dwa miesiące od ostatniego wpisu, postanowiłem jednak coś tu wrzucić. Tym bardziej, że działo się. W piątek pojechaliśmy z Asią i Heleną na koncert jednego z naszych ulubionych zespołów - Dubioza kolektiv. Koncert odbywał się w Dobrym Mieście, w ramach Festiwalu Dobremiastock 2011. Nie jest to centrum wszechświata, więc tłum na koncercie był bardzo umiarkowany. Więcej ludzi było na wcześniejszym koncercie Vavamuffin, po którym znaczna część publiczności poszła do domu. Vavamuffin też fajny, ale to jednak nie Dubioza. Ludzie nie wiedzą, co dobre... Na zdjęciu od lewej: Adis Zvekić, Branko Jakubović, Almir Hasanbegović:
Przed koncertem Asia i Helena przeprowadziły wywiad z częścią zespołu:
Pogadaliśmy z nimi także później, po koncercie. Najlepiej rozmawiało się z jednym z wokalistów, Almirem Hasanbegovićiem:
Ponieważ mieliśmy wstęp do tzw. fosy, nie mogłem odmówić sobie fotki z grającym zespołem. Potem jednak pozbyłem się aparatu i wszyscy przeleźliśmy za barierki, żeby szaleć razem ze wszystkimi fanami bez plakietek "media". Na zdjęciu od lewej: Armin Busatlić, Adis Zvekić, ja, Almir Hasanbegović, Vedran Mujagić i pan kanarkowy cieć:
Żeby dostać się na koncert, musieliśmy spędzić trochę czasu w podróży. Trochę bałem się korków na wyjeździe z Warszawy (z centrum ruszyliśmy o 15:40), ale na szczęście były znikome. Samo przejechanie tych 240 km zajęło nam ok. 3 godzin, plus trochę czasu na postoje. Nocna droga powrotna trwała chyba nieco dłużej, bo na wąskich i krętych mazurskich drogach z drzewami w skrajni i pijanymi nastolatkami na środku nie mogłem za szybko jechać. W obie strony jechaliśmy przez Amerykę, ale zdjęcie zrobiliśmy sobie tylko w drodze na koncert. Potem było ciemno, choć do Warszawy dotarliśmy już po świcie.
Jeżeli ktoś nie wie, jak brzmi Dubioza kolektiv, zapraszam do słuchania. To pierwsza piosenka z ich najnowszej płyty "Wild wild East". Płyta będzie miała premierę we wrześniu, ale zespół wrzucił już trzy piosenki na youtube. Zresztą wybrańcy płytę mają już na półce, nawet z autografami wszystkich członków Dubiozy.
Gdyby ktoś pokochał Dubiozę i chciał, żebyśmy skopiowali mu płytę, niech zwierzy nam się z tych uczuć i przysięgnie, że są szczere. Podczas prywatnej rozmowy po koncercie Almir Hasanbegović powiedział nam, że dzielenie się muzyką jest OK i on nie ma nic przeciwko temu, żeby jego piosenki kopiować i rozdawać. "To najlepsza promocja, a artyści i tak zarabiają przede wszystkim na koncertach" - powiada Almir i zdaje się, że to jest najbardziej sensowna postawa. Zapytałem wprost, czy mogę skopiować płytę, na której przed chwilą złożył autograf i powiedział, że błogosławi. Dowodem pozytywnej postawy Dubiozy jest zresztą fakt, że ich poprzednią płytę można w całości ściągnąć za darmo z ich strony. Nowa nie będzie w ten sposób dostępna, kontrakt z wytwórnią zmusza zespół do brania za nią pieniędzy. Ale - jak widać - chętnie rozdaliby ją za darmo. Tacy fajni ludzie i taki świetny koncert!