Zębatka (zwana też blatem), którą dostałem od Nocnych Rowerzystów na imieniny, jest tak lekka, że musiałem sprawdzić zębem, czy aby na pewno nie jest plastikowa. Nie jest. Jest metalowa i bardzo smaczna.
Na razie zębatka czeka na zamontowanie, a ja podróżuję ze starą, lżejszą o cztery zęby (zamierzam po zdemontowaniu zważyć i zobaczyć, ile gramów zębatki udało mi się zużyć). Wciąż podążam w stronę ostatniego z moich tegorocznych celów rowerowych (trzeci, po pierwszym i drugim). Do osiągnięcia upragnionych 6000 km przebiegu zostało mi już tylko 512 km. Dystans skromny, ale pora roku taka, że może okazać się nie do pokonania.
Jadłodajnia Filozoficzna się spaliła. Sama z siebie? W to niestety trudno uwierzyć. Zdjęcie sześć lat temu, przed jakąś imprezą z bębnami i reggae, zrobiła mi Asia.
Co za wredna pora roku! Dziś minął tydzień, odkąd ostatnio jechałem na rowerze. Nie licząc jednej dziesięciodniowej choroby, tak długiej przerwy w jeżdżeniu nie miałem chyba od wczesnej wiosny. Czuję bolesny brak hormonów peptydowych (a konkretnie endorfin) we krwi. Jak się ratować przed jesienną deprechą? Może piękną kawą?
Z tą kawą to raczej żart, ja wciąż kawy nie pijam. Nie pijam dosłownie - w życiu wypiłem bodaj pięć kaw, z czego cztery w Rzymie. Ostatnio wypiłem jedną w Blind Cafe, przed imprezą imieninową, żeby wiedzieć, czym poczęstuję gości. To było cappuccino, nawet smaczne. Jednak efekty picia cappuccino wcale mi się nie podobały. Wypiłem je ok. 19:00. Poszedłem spać o drugiej w nocy, bo wcześniej mi się nie chciało (normalnie o północy już śpię). Do trzeciej w nocy gapiłem się w sufit i nawet nie ziewałem. O trzeciej ubrałem się i poszedłem pojeździć, i tak dopiero wypaliłem nadmiar niepotrzebnej kofeinowej energii. Dobrze, że następnym dniem była niedziela...
Rano i popołudniu pojeździłem jak zwykle, a wieczorem skoczyłem z KTM-ką i Czarnym, pożegnać Czosnów. W Czosnowie na liczniku miałem już 60 km, KTM-ka wspomniała coś o setce, a mnie, nałogowcowi, dwa razy nie trzeba powtarzać. Z Czosnowa, zamiast do domu, pojechałem do Belwederu i dopiero spać. No setka, zapewne ostatnia w tym roku, pękła.
Ostatniej nocy, wraz z grupką NR-owców, wybrałem się do Atomowej Kwatery Dowodzenia - niegdyś tajnego, a obecnie kompletnie zrujnowanego, PRL-owskiego obiektu wojskowego, ukrytego w ostępach Puszczy Kampinoskiej. Po krótkim błądzeniu po lesie (raz skręciliśmy w niewłaściwą dróżkę) dotarliśmy na miejsce. Kwatera z wierzchu przypomina szkołę, tzw. tysiąclatkę. Tak miało być - niepozorny wygląd miał zmylić wroga. Jednak pod "szkołą" znajduje się rozbudowany system korytarzy, bunkrów i sal. Większość NR-owej ekipy została na zewnątrz, a trzech z nas ruszyło eksplorować tajemnicze podziemia. Przed wejściem zdjęcie zrobił nam Dareios, z którego aparatu pochodzą wszystkie zdjęcia w tym wpisie. Od lewej: Pan Cygaro, Pchełas, Fabryka:
Jeszcze na powierzchni stwierdziliśmy, że nie powinniśmy zwiedzać z gołymi rękami. W Kwaterze dzieją się różne dziwne rzeczy, często dość niepokojące, więc lepiej być przygotowanym na wszelkie niespodzianki. Pchełas wyciągnął z torby dużego u-locka, ja podjąłem z ziemi poręczną gazrurkę, Fabryka znalazł jakiś kijek. Na szczęście podczas tych kilku minut, które spędziliśmy w podziemiach, nikogo nie spotkaliśmy. Zwiedzaliśmy różne dziwne pomieszczenia, bez aparatu, więc nie ma zdjęć. Znaleźliśmy korytarzyk prowadzący do jednego z awaryjnych wyjść - oddalonej od budynku niepozornej nory w ziemi. Tamtędy też wyszliśmy na powierzchnię. Na obrazku Ardilla Loca pomaga Pchełasowi wydobyć się z dziury:
Mogłoby się wydawać, że AKD była najbardziej emocjonującą częścią. Okazało się jednak, że było inaczej. Jeszcze w dzikiej okolicy, pośród lasu, na oficjalnej granicy Warszawy, RomeoAD złapał gumę. Okazało się, że nikt nie ma zapasowej dętki do szoski (większość była na góralach, tylko Romeo i Pchełas na szosach), więc wzięliśmy się do łatania. Od lewej: RomeoAD, Dareios, Andrzej, Fabryka, Ardilla, Pan Cygaro i Rafał (organizator wypadu i sponsor łatek):
Potem nasze uśmiechy nie były już tak szerokie, bo okazało się, że obok załatanej dziurki jest druga (czyli chyba snejk). Romeo z Rafałem nakleili więc drugą łatkę. Staliśmy już tam ze trzy kwadranse, kiedy przy pompowaniu podwójnie połatanej gumy Romeo urwał wentyl. Na urwane wentyle nie ma lekarstwa. Najpierw kombinowaliśmy, kto pojedzie do miasta po samochód, ale szybko uznaliśmy, że to bez sensu. Tlaloc telefonicznie (była północ, dzięki, Tlaloku!) wskazał nam najbliższy nocny autobus. Ten jednak nam uciekł, więc znów byliśmy na zadupiu (granica miasta, zadnie okolice Cmentarza Północnego) bez możliwości przemieszczania się. Wtedy nagle podjechało do nas auto z panią i panem, którzy zapytali czy nie potrzebujemy pomocy. Poprosiliśmy, żeby zabrali Romea do miasta. Okazało się, że nie jadą do miasta, ale do jakiegoś innego nocnego (na Arkuszową) mogą go podwieźć. Roweru zabrać nie chcieli, bo brudny. Romeo pojechał więc z nimi, a my zostaliśmy z jednym nadmiarowym rowerem. Toczenie go byłoby bez sensu, więc Dareios zarzucił go sobie na ramię i pojechaliśmy. W połowie drogi Darka zmienił Andrzej. Żeby było im lżej i łatwiej, przednie koło wieźliśmy na zmianę Rafał, Pchełas i ja. W tym czasie Romeo złapał na Arkuszowej nocny i zajechał na stację Metro Młociny. Tam się spotkaliśmy:
Świetna przygoda, radość z pomagania ogromna, ale też chyba mocna nauczka dla tych, co jeżdżą bez zapasowej dętki. Dzięki za wspólną jazdę i niech zapas zawsze będzie z Wami! May the Z be with you!
Warto jeździć na rowerze zgodnie z przepisami - cokolwiek makabryczny film edukacyjny z 1963 roku:
Znalazłem ten film po obejrzeniu teledysku poleconego przez RomeoAD, a zmontowanego z kawałków One Got Fat właśnie. W opisie teledysku znalazłem link do powyższego oryginału. Teledysk też ciekawy:
Ja oczywiście przestrzegam wszystkich przepisów, kiedy tylko mogę, mam ochotę i czas. I jestem bezpieczny, bo dziś na kolejny rok wykupiłem sobie rowerową polisę w PZU. A do mojego tegorocznego rowerowego celu (6000 km przebiegu) brakuje już tylko 234 km. Wygląda na to, że się uda.
Tak się złożyło, że musiałem dziś przejechać samochodem przez całą Warszawę w godzinach szczytu - nieco dalej od centrum w szczycie porannym, przez samiuteńkie centrum w szczycie popołudniowym. Dotąd udawało mi się unikać takich przyjemności, a autem jeździć w nocy i w weekendy. Już kiedyś o tym pisałem, ale dziś uderzyło mnie to na nowo. Nie jestem w stanie zrozumieć tej siły, która każe ludziom brać udział w czymś tak okropnym. Oczywiście mówię o osobach pełnosprawnych, które nie mają do rozwiezienia trójki dzieci, skrzynki jabłek i telewizora do przewiezienia i tak dalej. I które nie używają swoich aut do pracy. I które nie jadą na popołudniową godzinę do warsztatu, jak ja.
Rano nie było źle. Pokonałem 15 km w czasie ok. 45 minut, czyli takim, jak niespiesznie na rowerze. Ale jedną trzecią tego dystansu jechałem z taką prędkością, że dwa razy zgasiłem auto (tak, nie jestem wprawnym kierowcą), bo nie chciało tak wolno jechać na dwójce. Z taką prędkością zwykle pcham wózek z moim synkiem. Tak wolna jazda na rowerze jest nieprzyjemna, bo się traci stabilność. Już wtedy zadawałem sobie pytanie - jak ciężko chorym na głowę trzeba być, żeby chcieć się w coś takiego bawić?
Oczywiście popołudniowy korek był gorszy, tym gorszy, że w centrum. Miałem do pokonania około 18 km i zajęło mi to półtorej godziny. A nawet cwaniacko jechałem znanymi mi trasami, które nieco łagodzą korki (nie jestem wprawnym kierowcą, ale miasto znam) i nie gasiłem, bo przemyślałem sprawę. No i oczywiście znów zadawałem sobie to samo pytanie. Wiadomo - część samochodów wozi niepełnosprawnych, część bagaże, ktoś wraca spoza miasta, inny wiezie dziecko. Ale jednak większość aut wkoło nie miała nalepek z wózkiem inwalidzkim, nie było w nich fotelików, a kierowca był w środku sam. A ja miałem czas, żeby się rozglądać, bo głównie stałem i sobie a muzom smrodziłem.
Może znajdzie się ktoś, kto wytłumaczy mi to zjawisko? Bo ja wciąż nie rozumiem, tak samo, jak nie rozumiałem dwa lata temu. Dlaczego tysiące ludzi, którzy przez całe miasto mogą przejechać w pół godziny publicznym środkiem transportu albo rowerem (albo skuterem, motorem, czemu by nie!), wolą jechać półtorej godziny samochodem? Czemu wolą wydać kilkadziesiąt złotych na paliwo zamiast 2,4 zł na bilet albo 1,6 zł na kilka dodatkowych kalorii do napędzenia roweru? Jaka choroba to powoduje? Poza patologicznym egoizmem, rzecz jasna.
Smutno, bo Warszawa nie ma teraz żadnego śmigłowca ratunkowego, a to się jednak często przydaje (zwłaszcza że karetki grzęzną w korkach). Agusta nie nadaje się do naprawy - to nieszczęsne zwichrowane śmigło odrąbało jej ogon. Niestety nie miałem tego jak sfotografować - byłem z synkiem, więc przełażenie przez dziurę w ogrodzeniu lotniska nie wchodziło w grę. Zresztą koło znanej mi dziury kręciło się dwóch policjantów, co dodatkowo mnie zniechęcało...
Przeprowadziłem mały eksperyment i podczas wymiany zajeżdżonego blatu sprawdziłem, ile gramów udało mi się zużyć na tych kilkunastu tysiącach kilometrów (a dokładniej 12 300 km). Nie jestem pewien dokładności pomiaru, bo nowa zębatka powinna ważyć o kilka gramów mniej, jednak sądzę, że różnica i tak byłaby podobna. Wygląda na to, że zużyłem ok. 6 gramów blatu.
Nowy blat dostałem w prezencie od przyjaciół z Nocnego Roweru, wagę kuchenną pożyczył mi Mkłj, a w czyszczeniu starej zębatki pomógł Ziomuś. Śrubkami kręciłem i zdjęcia robiłem osobiście.
Uwaga, będę się chwalić! Dziś stuknęło mi 6000 km tegorocznego przebiegu i tym samym osiągnąłem swój najwyższy rowerowy cel tego sezonu. Obawiałem się, czy dam radę do końca grudnia, ale dzięki pogodzie, która ostatnio współpracowała bez zarzutu, okazało się, że żaden grudzień nie jest potrzebny. Wczoraj zrobiłem 68 km, dziś 75 km i już mam nakręcone 6001 km od początku sezonu, czyli od 5 marca. 3824 km na Kubusiu i 2177 km na szosce.
Ostatnie 100 km było wyjątkowo miłe, bo do założonego parę dni temu blatu od NR (Consie, dzięki za dokręcenie!) dołączył nowy łańcuch (Adrianie, dzięki za rozkucie!) i nowy licznik, prezencik od żony. Zdjęcie licznika wyszło nieostre, ale blacik i łańcuszek całkiem, całkiem:
Oczywiście osiągnięcie tych sześciu tysięcy nie oznacza, że dam sobie spokój z jeżdżeniem. Jest jeszcze cały grudzień. Zobaczymy, do ilu dociągnę...