Link 01.08.2009 :: 14:04
Komentuj (16)
Korzystamy z ładnej pogody i wietrzymy naszego synka. Wczoraj był na dwóch spacerach - jednym z rodzicami i dziadkiem (z niego zdjęcie poniżej), drugim z tatą i wujkiem. Jeden ze spacerów przespał, a drugi... też przespał.
Z innej beczki - co roku obchody rocznicy Powstania Warszawskiego nasilają się i nasilają. I mam wrażenie, że tym razem osiągnęły już zbyt wysoki poziom natężenia i stężenia. Innymi słowy - ja już nie mogę. Wyłączyłem radio, omijam portale informacyjne w internecie. Jestem uzależniony od obu źródeł informacji, ale już nie mogę tego słuchać. Jutro chyba wszystko wróci do normy. Moja reakcja nie jest związana z oceną Powstania, której zresztą nie jestem w stanie sformułować. Kiedyś byłem pewien, że to było dobre, szlachetne i potrzebne, potem dobrzy nauczyciele historii uświadomili mi, że była też druga strona. To też duża wada tych obchodów - nie dopuszczają wątpliwości ani refleksji, cześć oddają bałwochwalczo.
Dodam jeszcze, że o wyłączeniu radia zdecydowałem, kiedy usłyszałem informację, że harcerze w ramach hołdu dla powstańców zablokują o 17:00 ruch na kilku warszawskich skrzyżowaniach w samym centrum. Ponoć chcą w ten sposób "zachęcić warszawiaków do zatrzymania się i zadumy". Sam zatrzymuję się, kiedy wyją syreny, z szacunku. Dziś też się pewnie zatrzymam. Ale kiedy przyjdą do mnie harcerze, zablokują mi możliwość poruszania się i tak zachęcą mnie do zadumy, obawiam się, że usłyszą magiczne słowo [brzydkie słowo, rozkaźnik]. W ten sposób wszystko można zohydzić.
Link 02.08.2009 :: 10:15
Komentuj (5)
Hop! Dziś dziś!
Myślałem czy nie wybrać się na trasę wyścigu i nie zrobić jakichś zdjęć kolarzom, ale uznałem, że lepiej spędzić niedzielę z rodzinką. Raczej już mi się nie odmieni. A zdjęcie powyżej zrobiłem dziś rano przy okazji i po drodze.
Link 03.08.2009 :: 21:56
Komentuj (20)
Za moim biurkiem zamieszkał jakiś czas temu pająk, a w kącie obok biurka założył pajęczynę. Chociaż sprzątamy całe mieszkanie co tydzień, pajęczyny nie psujemy, bo wiemy, że pająki to zwierzątka pożyteczne i miłe, choć niektórzy odczuwają wobec nich nieuzasadniony lęk. Dzięki lokalizacji pajęczyny mam dobry widok na pajęcze łowy i posiłki. Tydzień temu nawet nagoniłem mu jakąś zbłąkaną znad misy z morelami owocówkę, którą wrąbał ochoczo.
Jednak prawdziwe widowisko było w sobotę wieczorem, kiedy to mój pająk złapał owada kilka razy od siebie większego. Nie wiem, jak się to cholerstwo nazywa, ale pełno tego ostatnio w naszej okolicy i często wlatują do domu. Zabiłem już kilka i tego też chciałem załatwić, ale wciąż uciekał. Aż wpadł w sieć mojego małego przyjaciela. Myślałem, że nie utrzyma i faktycznie, mocno się uszkodziła, ale pająk błyskawicznie podbiegł do szamocącego się robala i zaczął uwijać się wkoło niego, żeby go spętać. Udało się. Muszysko wciąż się wierciło, ale widać było, że nie ma szans...
Po chwili pająk przystąpił do kolejnego etapu polowania i wlazłszy na nią, podał ofierze jakiś narkotyk (chyba tak to robią). Mucha oklapła i skończyła swój krótki, zasraniutki żywocik.
Potem pająk zrobił coś niesamowitego, czego jednak, ze względu na brak sensownego punktu odniesienia (albo lepszego sprzętu), nie byłem w stanie udokumentować. Mocno obwiązawszy robala nicią, przetransportował go o kilkanaście centymetrów po swojej sieci, w okolice swojego mieszkania. Zrobił to bardzo sprytnie - przyczepiał do muchy dwie krótkie nitki - jedną z przodu, drugą z tyłu. Następnie tę tylną odcinał, po czym przechodził przed swój pakunek, podczepiał nową nitkę z przodu, podciągał, wracał na tył, odcinał tylną i tak dalej. Pakunek huśtał się lekko i stale przesuwał w stronę pajęczego domostwa, aż zawisł w wybranym przez pająka miejscu.
A wczoraj, kiedy danie było już do cna wyssane, pająk odciął paczkę i truchło zrzucił mi za biurko.
Link 06.08.2009 :: 10:23
Komentuj (17)
Nieprzebrane są zastępy kato-talibanu...
Dopisek: to powyżej to moje wrażenia z drogi do pracy, którą to drogę uporczywie usiłowali mi zablokować religijni fanatycy. Kiedy zalogowałem się do mojego serwisu blogowego, żeby dodać ten krótki wpis, zobaczyłem, że kato-taliban zalągł się również i na nim...
A z mojego mijania pielgrzymki talibów zdjęcia będą najprawdopodobniej jeszcze dziś.
Link 06.08.2009 :: 22:40
Komentuj (24)
Obiecywałem dziś rano, że będą zdjęcia pochodu kato-talibów i oto są. Nie są może szczególnie piękne, ale sformułowanie "piękne zdjęcia pielgrzymki" cuchnie wewnętrzną sprzecznością. Więc wszystko jest w porządku. To grupa talibów na Towarowej - kierowcy zaraz po objechaniu rozgrzebanego skrzyżowania z al. Solidarności natrafiali na policjantów wstrzymujących ruch. Najpierw korek, bo remont, potem korek, bo pielgrzymka - nieszczęścia chodzą parami. No ale remont jest pożyteczny...
Groupies pozdrawiają maszerujących talibów z chodnika. Na jezdni widać cienie pielgrzymów. Uwaga, bystroocy - groupie w paski ma na nogach szatańskie obuwie - crocsy!!!
W jednej z talibskich kohort napotkałem niepełnosprawnego cyklistę:
Podczas mijania maszerujących słuchałem wydawanych przez nich odgłosów. Oczywiście głównie śpiewali te swoje koszmarne piosenki, których publiczne wykonywanie powinno być uznane za próbę ludobójstwa i skażenia środowiska naturalnego. No dobra, nie było
Barki, pewnie dlatego jeszcze żyję. Oprócz śpiewów udało mi się podsłuchać fragmenty dwóch kazań. W jednym ksiądz nawoływał do dziękowania Bogu za życie. W drugim - znacznie ciekawszym - inny klecha opluwał władze, które podobno śmiały wspominać coś o zmianie trasy pielgrzymki, żeby nie blokowała tras szybkiego ruchu i głównych ulic. W końcu sprawa talibów zwyciężyła, ale złe władze, złe!
A ja uważam, że pielgrzymi mogliby iść nocą. Nie tamowaliby ruchu, bo w nocy prawie go nie ma. No i byłaby dodatkowa korzyść, bo ze względu na ciszę nocną nie mogliby się wydzierać przez te swoje megafony.
Link 07.08.2009 :: 23:14
Komentuj (11)
Dziwną gumę wczoraj złapałem - cztery dziurki jedna obok drugiej:
Oczywiście nic to miłego, ale jednak dętka bardzo kulturalnie się zachowała. Po pierwsze - nie wybuchła, tylko powoli sobie oklapła i nagle poczułem, że mi obręcz dobija na wybojach. A mogła strzelić głośno, bo parę dni wcześniej wbiłem jej 9,5 atmosfery. Po drugie - zrobiła swoje tuż pod domem Pegaza i mogłem wpaść do niego i do jego pompki (nie miałem swojej z sobą, ale jak zawsze miałem zapasową dętkę). Dzięki za ratunek, Pegazie!
W domu wsadziłem dętkę do wanny, co widać powyżej, bo chciałem jak zwykle połatać i mieć znów jako zapasową. A tu niespodzianka - cztery dziurki co ok. 2 cm. Z łatania zrezygnowałem, nie widzę sensu. No i nie wiem skąd mi się takie dziwne dziurki wzięły...
Link 08.08.2009 :: 22:35
Komentuj (2)
Mam mieczyk w klapie!
Mieczyk (
Gladiolus) - roślina z rodziny kosaćcowatych. Najliczniej występuje na wyspach z archipelagu Maskarenów (Mauritius, Reunion), położonych na wschód od Madagaskaru (stąd nie do końca poprawne z punktu widzenia geografii hasło "mieczyki na Madagaskar").
Link 10.08.2009 :: 19:42
Komentuj (16)
Dziś trochę a propos niedawnych dyskusji o kato-talibanie... Jadąc dziś z Consem przez Bemowo natknęliśmy się na takie miłe ogłoszenie, naklejone oczywiście tuż pod zakazem naklejania ogłoszeń:
Ruch Suwerenność Narodu Polskiego, Związek Polaków Okupowanej przez Żydów Polsce zaprasza na manifestację przeciwko koncertowi "Madonny" (Prostytutki) pod hasłem NIE! - DLA PROFANACJI UROCZYSTOŚCI WNIEBOWZIĘCIA NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY.
Ależ to wszystko pięknie wygląda! Po pierwsze dowiedziałem się, że Polska jest okupowana przez Żydów. To oczywiście bardzo przykra sprawa, zwłaszcza, że Żydzi widocznie uniemożliwiają Prawdziwym Polakom naukę ojczystego języka, w związku z czym ci nieszczęśni patrioci wypisują takie dziwne rzeczy, jak to w prawym górnym rogu... Po drugie dowiedziałem się, że słowo "Madonna" oznacza prostytutkę. Dotąd myślałem, że to takie imię, które w katolickich krajach (np. we Włoszech, skąd pochodzi rodzina Madonny Louise Veroniki Ciccone) nadaje się dziewczynkom na cześć Matki Boskiej. No i Matka Boska. A że prostytutka też - nie wiedziałem.
Polacy! Do boju! Nie dla koncertu "Madonny" (Prostytutki)!
Napotkanie informacji o "Madonnie" (Prostytutce) spowodowało aż wcześniejsze nadejście świąt i reaktywację
świątecznego bloga Consa, u którego można zobaczyć inne ujęcie tego pięknego plakatu.
Link 13.08.2009 :: 13:16
Komentuj (15)
Podczas wędrówek po internecie natrafiłem na coś niesamowitego, co ogromnie mnie wzruszyło...
Tym czymś jest
La Madonna della gattaiola czyli
Madonna od kociej dziury - piętnastowieczny obraz pędzla nieznanego twórcy, przedstawiający ciężarną Matkę Boską, znajdujący się w Montemerano we Włoszech. Historia obrazu i jego dziwnej nazwy jest taka: po tym, jak na desce namalowano Madonnę, ktoś uznał, że taka deska lepiej sprawdzi się jako drzwi i dorobił jej zawiasy. Ponieważ miał kota, wyciął w dolnej części otwór, żeby zwierzątko mogło sobie swobodnie przełazić. Wiele lat później uznano, że to jednak piękny obraz i lepiej, żeby był obrazem, a nie drzwiami. Ale dziura dla kota pozostała. Tak narodziła się
Madonna od kociej dziury.
Choć samo może się to Czytelnikom nasunąć przez (nie)fortunną zbieżność dat, wcale nie szukałem w internecie Madonny. Czytałem o Vladimirze Nabokovie, do którego niedawno zapałałem wielkim uczuciem (tak, mężczyzna do mężczyzny, w dodatku martwego! wstyd mi, wstyd, że tak późno!). Trafiłem na poświęconą mu stronę
nabokov.pl i po przestudiowaniu chciałem dowiedzieć się czegoś o jej autorce, Annie Marii Goławskiej.
Tak trafiłem na jej wiersz
Madonna della gattaiola (
Madonna od kociej dziury):
potem będzie już zawsze siadywać
z tłustym dzieckiem na kolanach
ale tutaj dopiero jej zwiastują
więc stoi ruda chuda i niemożliwa
zbyt długie palce położyła na piersi
lekko ściągnęła usta
łokciem przyciska rąbek płaszcza
koty muszą łaskotać ją w łydkę
przełażąc wiecznie w te i wewte
z podniesionymi ogonami
ona pozwala im zostawiać kłaczki
pogańskiej sierści na brzegu dziury
w sukience wygląda jakby grała
w jakąś krańcową odmianę
pomidora od kilkuset lat żadnej reakcji
żadnego pęknięcia ze śmiechu
Nie mam niestety żadnego zdjęcia
Madonny od kociej dziury, które mógłbym opublikować. Jednak w internecie jest jej kilka ujęć, np. na
flickrze czy
Wikipedii.
Link 15.08.2009 :: 16:44
Komentuj (10)
Ależ się działo rok temu!
Wtedy było nas tylko dwoje, dziś świętujemy już w większym składzie. Dziękujemy wszystkim, którzy pamiętali i dzwonili (i esemesowali) z powiąszowaniami już od wczorajszego wieczora!
Link 16.08.2009 :: 20:27
Komentuj (11)
Co weszło, to i wyjść musi...
Dla tych, co nie pamiętają - pierwsza część cyklu,
jedzenie kasety XT.
Odstęp między zjedzeniem a wydaleniem był tak duży, bo stara kaseta kurczowo trzymała się mojego kółka i za żadne skarby nie chciała puścić. Szarpali ją naprawdę silni i doświadczeni kolarze, ale ona trwała. Radę dał jej dopiero Cons, bo miał wsparcie kogoś, kto wcześniejszych śmiałków nie wspierał - Loli:
I tak lekko nie było, ale na półtorametrową dźwignię nie ma mocnych. To najlepszy wynalazek do odkręcania zapieczonych śrub, jaki zna ludzkość. No, może oprócz dwumetrowych dźwigni... Brawo, Cons! Brawo, Lola!
Dopisek: ponieważ Mkłj twierdzi, że Consa tam nie było i dokleiłem go w jakimś programie graficznym (na pewno chodzi o GIMP-a, który jest darmowy), przygotowałem naprędce (dlatego proszę o wybaczenie, nie jest to koronkowa robota) GIF, który dowodzi, że tak było albo nie było. Naprawdę!
Jeszcze raz dzięki, Consie!
Link 18.08.2009 :: 14:51
Komentuj (11)
Podczas rocznicowego spaceru po Parku Skaryszewskim kupiłem żonie obwarzanki (cena paskarska, nie polecam). Żeby mieć wolne ręce, powierzyliśmy jedzonko młokosowi, który pewnie przytrzymał je stopą:
Później niestety Asia upuściła większość obwarzanków na ziemię i trzeba je było wyrzucić. Szkoda mi było, więc władowałem je do karmnika. Rozdziobią je...
Link 20.08.2009 :: 22:12
Komentuj (22)
Supermarket E.Leclerc. Dziś. Stoję przy kontuarze punktu obsługi klienta i czekam na kogoś, kto zajmie się moją reklamacją, z punktu widzenia tej opowieści zupełnie nieistotną. Obok jacyś starsi państwo reklamują kupiony dziś nawóz z dołączonym bonusem - żelem do muszli sedesowej. Twierdzą, że nawóz jest przeterminowany. Pani wzywa pracownika działu chemicznego.
- Dzień dobry, co się stało?
- Dzień dobry, chodzi o ten przeterminowany nawóz.
- To chyba nie u nas kupione.
- Jak nie u was? Przecież paragon...
- My tego nie prowadzimy od dawna.
- No nie, niech pan ze mnie nie robi idiotki. Przecież dziś kupiłam! Proszę sprawdzić na paragonie!
Sprawdza. Przyznaje rację. Okazuje się, że jest z niewłaściwego działu, bo wprawdzie zajmuje się żelem do kibla, ale już nawozem to nie, od tego jest dział przemysłowy. Pani zza kontuaru wzywa pracownika działu przemysłowego. Przychodzi jeden, ale okazuje się za niski rangą do tak poważnych spraw i idzie po innego. W międzyczasie oglądam pudełko nawozu, na którym widnieje data 11-05-05 z podpisem "data produkcji, ważne 3 lata".
- Dzień dobry, o co chodzi?
- Chcemy zwrócić ten przeterminowany nawóz.
- Nie mogę go przyjąć.
- Ale on jest przeterminowany, ważny do zeszłego roku! Chcemy dostać nasze pieniądze!
- A ja nie chcę, żeby mi odjęli z pensji. Nie przyjmę.
- Prosimy kierownika.
- Nie ma go, jest po piątej. A nawóz na pewno nie jest przeterminowany, to świeża dostawa.
- No to niech pan przeczyta.
Pracownik działu przemysłowego czyta.
- No i co?
- No jak to co? Przeterminowany.
- Nieprawda. To data ważności. 11-05-05, czyli że ważność do maja 2011 roku.
- Dobrze pan przeczytał? Tu jest napisane, że to data produkcji, a od niej trzy lata...
- To jest data ważności. Nie uznaję tej reklamacji.
- Pan powinien złożyć reklamacje w swojej szkole podstawowej! Przecież tu jest wyraźnie napisane, że to jest data produkcji! I czyta się od drugiej strony! Chodzi o 2005 rok!
Wtrąca się pani zza kontuaru:
- Może wezwiemy kierownika?
Wzywają (jednak jest - ciekawostka), a pracownik działu sobie idzie. Kierownikowi nie chce się przyjść, ale każe się zająć sprawą. Pracownik działu przemysłowego wraca do akcji. Znów ogląda pudełko.
- No dobra, tu jest napisane, że to data produkcji, ale pani źle czyta tę datę. Proszę spojrzeć na żelu do muszli sedesowej jest najpierw rok, potem miesiąc. Czyli na tym tak samo. 2011 to data produkcji, a więc (liczy na palcach) nawóz jest ważny do 2014 roku!
Tu skończyła mi się cierpliwość, język nie zechciał usiedzieć spokojnie za zębami i wmieszałem się do awantury. Jakoś wizja nawozu wyprodukowanego za dwa lata na tyle mnie pobudziła, że nie umiałem zachować spokoju. Na początek powiedziałem mu coś niemiłego na temat jego sprawności intelektualnej, ale to pomińmy. Byłem wściekły.
- Pan wmawia tym ludziom, że sprzedaliście im nawóz przysłany z przyszłości?
- Nie, to data produkcji taka naprzód.
- Mam w telefonie dyktafon. Czy pan by zechciał powtórzyć do dyktafonu, że sprzedaje pan nawóz wyprodukowany za dwa lata? Może powie pan coś jeszcze o produktach z przyszłości?
Włączam dyktafon, ale facet odmawia powtórzenia tekstu o nawozie z przyszłości. Postanawia wezwać kierownika (tego, co go nie ma, ale jest). Prosi panią zza kontuaru, a ona wzywa kierownika. Kierownikowi nie chce się przyjść, ale prosi rozmówczynię o przeczytanie, co jest na pudełku. Pani czyta, kierownik wydaje werdykt, starsi państwo dostają swoją forsę z powrotem.
Pracownik działu przemysłowego robi nam wyrzuty, że jesteśmy niekulturalni i się wydzieramy. Pieczołowicie zakleja rozdartą folię, która mocuje bonusowy żel i odnosi przeterminowany nawóz na półkę.
Link 21.08.2009 :: 15:00
Komentuj (3)
Kolejny długi wpis bez zdjęć, tym razem poetycki.
Król olszyn (
Erlkönig) Johanna Wolfganga Goethego to ballada, którą ogromnie lubię. Do tego stopnia, że nawet kiedyś nauczyłem się na pamięć fragmentu w oryginale, co przy mojej znajomości niemieckiego (poza "verdammte scheisse" za wiele powiedzieć nie umiem) było dużym wyczynem. Fragment w mojej głowie mocno już zwietrzał, ale słabość do
Króla olszyn Goethego pozostała. Dzisiaj postanowiłem sprawdzić, jak z tłumaczeniem na polski oryginału i dwóch angielskich wersji poradzi sobie translator google. Kto nie zna za dobrze
Króla olszyn, dobrze żeby przed lekturą poniższych strof przyswoił sobie
polskie tłumaczenie Władysława Syrokomli a także
niemiecki oryginał i
dwa angielskie przekłady.
Oto ballada
Olcha Król, przekład z niemieckiego google translator, drobna korekta Pan Cygaro:
Kto jazdy tak późno w nocy i przez wiatr?
Jest to z ojcem swojego dziecka.
Pewnie ma chłopca w ramię,
Posiada go sejf, on trzyma go ciepło.
Mój syn, co czmychasz więc bang twarz?
Patrz ojciec, to olcha król!
W olcha króla z Koron i ogon?
Mój syn jest pasków mgły.
Ty drogie dziecko, chodź ze mną iść!
Dość piękne gry mogę grać z wami,
Niektóre kolorowe kwiaty są na plaży,
Moja matka ma pewne gulden sukni.
Mój ojciec, mój ojciec, i nie słyszeć,
Co olcha król obiecuje cicho do mnie?
Bądź spokojny, spokojny pobyt, moje dziecko,
W suchych liści szepcze wiatru.
Czy dobrze chłopak ze mną pójść?
Moje córki będą czekać na dobre,
Moje córki prowadzić nocne pląsy
I kołysać się i tańczyć i śpiewać Ciebie.
Mój ojciec, mój ojciec, i widzisz nie ma
Olcha król córki w ponurym miejscu?
Synu mój, synu mój, tylko patrz:
Wydaje się, że stare szare wierzby.
Kocham cię, ekscytuje mnie twoje piękno,
A ty nie chcą, a potem mi życie!
Mój ojciec, mój ojciec, on dusi mnie
Olcha król zrobiła mi cierpienia.
Ojca przerażonego on jazdy szybko,
On trzyma w ubogich rzężące dziecka,
Osiągnął dziedziniec z trudu i trudności,
W ramionach dziecko zmarło.
A oto
Król Elfy, przekład z angielskiego (z dosłownego tłumaczenia) google translator, drobna korekta Pan Cygaro:
Kto tak późno jazdy poprzez wietrznej nocy?
Ojciec jego gospodarstwa młodych syna tak napięty.
Chłopiec jest bezpieczne kołysany w jego ramię,
Posiada go na pewno i on trzyma go ciepło.
Dlaczego jest tak przestraszony twarz mojego syna?
Król elfy, ojciec, tam z nim zobaczyć?
W elfi król z jego koronie i ogon?
Jest mgła, mój syn, strumieniowej dół.
Tak, moje drogie dzieci, chodź ze mną iść!
Gry i zabawy, polubisz je, chodź zobaczyć.
Brzeg jest z kolorowych kwiatów w rozkwicie,
Mojej matki złote szlafroki zobaczysz wkrótce.
O ojcu, ojciec, nie można usłyszeć
Co elfi król obietnic? I fear! I strach!
Bądź spokojny, spokojny pobyt najdrożsi Mój syn,
Wiatr wieje suchego liści jesienią.
Mój ukochany chłopak, nie będzie można pójść ze mną?
Mam córki w których opiekę będziesz.
Moje córki taniec wokół wróżka pierścień.
Każda noc będą kolebką Ci, śpiewać i tańczyć.
Ojciec, drodzy ojca, możesz nie zobaczyć
Jedenaście królewna na mnie?
Mój synu, mój synu, widzę to tak dobrze:
Gray łąk, na których księżyc spadł.
Kocham cię za piękno przedmiotu,
Jeśli nie będziesz się wolne, będą użycia siły.
Ojciec, drodzy ojciec, on dotykając mnie.
Jedenaście króla boli, proszę ojca, wolne mnie.
Dread uchwyty do ojca, budzi w deresz,
W kochający broni on czuje chłopiec Moan.
W końcu, na dziedzińcu, z lęku i strachu,
On patrzy na dziecko, chłopiec nie żyje.
Na koniec ballada
Erl-King, przekład z angielskiego (z tłumaczenia Sir Waltera Scotta) google translator, drobna korekta Pan Cygaro. Polecam szczególnie fragment o Nestle, przykład romantycznego product placementu (podobnie rzecz się ma ze strofą, w której nagle pojawia się marka Otis) oraz jawną promocję homoseksualizmu - wers, w którym pojawia się "wielu gejów sportu". Warte szczególnej uwagi jest też przejmujące niemożliwym do ukojenia smutkiem zdanie z ostatniego wersu: "utuliwszy na jego łono, niemowląt umarł".
O którzy jazdy w nocy przez dzikie lasy tak?
Jest lubiący obejmującego jego ojca dziecka;
I blisko chłopca Nestle w jego ramię umiłował,
Aby trzymać się szybko, a do utrzymania się ciepło.
"Ojcze, patrz Yonder! Zobacz Yonder!" he says; mówi;
"Mój chłopak, po co Czy ty strasznie spojrzenia?"
"Otis w Erl-King z jego korony i jego całun".
"Nie, mój synu, to jest, ale ciemna chmura na wieniec.
"O przychodzą i odchodzą ze mną, ty liest miłości dziecka;
Według wielu gejów sportu twój czas się zwiodło;
Moja matka prowadzi do wielu zabawka uczciwych,
I wiele grzywny zrywać kwiat ma ona dla mojego chłopaka".
"Ojcze, mój ojciec, a ty nie słyszy
Erl-King szept tak niski w moim uchu?
"Bądźcie nadal, moje serce jest kochanie - moje dziecko, nie martwić się;
To było jednak dzikie kląć jak śpiewane przez "drzewa".
"O ty chcesz iść ze mną, ty liest chłopca miłości?
Moja córka ma tendencję cię z radością i opieki;
Ona musi zawierać trzy lightlyt tak przez mokre i przez dzikie,
I naciśnij tobie i całować cię, śpiewać i do mojego dziecka".
"Ojcze, mój ojciec, a ty nie widziałem zwykły
Erl-Kinga blada córka prześliznąć się przez "deszcz?"
"Och tak, mój kochany skarb, wiedziałem pełną szybko;
Był to szary wierzba, że tańczony na księżyc".
"O przychodzą i odchodzą ze mną, nie zwłoki,
Albo, głupie dziecko, będę cię przeciągnąć dalej."
"Ojcze! Ojcze! Teraz, teraz, zachować zawieszone,
Erl-King dotknęło mnie - jego zrozumienie jest tak zimno!"
Ból zadrżał ojca, bo ponaglony przez dzikiego,
Tuląc pobliżu jego łonie jego wzdrygniętego dziecka;
On osiągnie swoje mieszkania wątpliwości i strachu,
Ale utuliwszy na jego łono, niemowląt umarł.
Jeśli komuś przyjdzie do głowy jakaś poprawka w powyższych tłumaczeniach, których czuję się współautorem, czekam na sugestie! Na pewno coś można tu zrobić lepiej!
Link 22.08.2009 :: 22:54
Komentuj (5)
Dziś był miły rowerowy dzionek. Wstałem tuż po piątej, osiodłałem Kubusia i pognałem, żeby odprowadzić kawałek ekipę NR-owców jadącą do Kazimierza (trzystukilometrową trasą przejechaną przeze mnie
trzy lata temu; dwa lata temu też zaliczyłem
Kazimierz, ale inną drogą, dłuższą). Razem ze mną odprowadzać wybrał się Pablozek, też weteran Kazimierza. Ranek był dość chłodny i paskudnie wietrzny. Mimo to odprowadziliśmy dzielnych kolarzy aż do Góry Kalwarii. Poniżej fotka, którą zrobiłem ekipie w czasie jazdy przez Kawęczyn, tuż przed Górą Kalwarią. Od lewej: Robert, Bam, Blaszak, Adrian. Za Adrianem i Blaszakiem kryją się jeszcze DrZbuszu i Pablozek:
Koło dziesiątej, po powrocie z Góry Kalwarii zjadłem nareszcie śniadanie. Pewnie przejechanie 80 km bez śniadania to nie jest najrozsądniejszy pomysł, ale właśnie tak wyszło. Potem znów wsiadłem na rower i odwiedziłem Consa, który znów pomógł mojemu napędowi. No i setka pękła.
Wieczorem zmieniłem środek lokomocji i rozbijałem się po Warszawie automobilem. To też jest fajna zabawa, ale ja jednak wolę dwa koła i ciężką pracę mięśni. Chociaż trzeba przyznać, że do odwożenia na lotnisko podróżnych i ich dwudziestokilogramowych waliz automobil nadaje się lepiej niż rower. Podobnie rzecz ma się z wożeniem potomka tak bardzo nieletniego, jak mój.
Link 25.08.2009 :: 15:00
Komentuj (3)
Kolejny dobry rowerowy dzień. A raczej noc. Wczoraj wieczorem, razem z Czarnym i Andrzejem, ruszyliśmy, żeby zrobić szosową pętlę przez Łomianki, Czosnów, Kazuń, Leszno i Babice. Przejechaliśmy też przez Julinek:
Największą atrakcją trasy była jazda między Czosnowem a Lesznem - przez środek Puszczy Kampinoskiej. Kilkadziesiąt kilometrów w zupełnych ciemnościach, rozświetlanych tylko oślepiającymi reflektorami TIR-ów i naszymi lampkami (wspaniale, że wziąłem moją Sigmę Mirage, ratowała nas naprawdę). Do tego wszędzie ta gęsta jak mleko mgła, która powodowała, że widzieliśmy jeszcze mniej. Utrzymaliśmy bardzo dobre tempo - właściwie przez całą trasę (a wyszło tego w sumie 105 km) nie schodziliśmy poniżej 30 km/h, a od Warszawy do Czosnowa jechaliśmy stale 35 km/h.
Podczas postoju z fotografowaniem tablicy w Julinku (było wpół do pierwszej) mieliśmy bardzo miłą przygodę. Jakiś facet w volkswagenie transporterze na numerach z Grodziska Mazowieckiego zawrócił, żeby sprawdzić czy leżący na poboczu rower nie oznacza aby, że był wypadek i trzeba komuś udzielić pomocy. Uspokoiliśmy, podziękowaliśmy i pokrzepieni taką postawą ruszyliśmy w dalszą drogę. W Warszawie byliśmy przed trzecią w nocy, zahaczyliśmy jeszcze o piekarnię (o, tak, głodni to byliśmy), więc do domu dotarłem koło wpół do czwartej.
Dobrze się tak wymęczyć od czasu do czasu! Dzięki, panowie!
Link 26.08.2009 :: 08:12
Komentuj (28)
Dziś o 5:41 rano stuknął mi nareszcie czwarty tysiąc tegorocznego rowerowego przebiegu (2523 km na Kubusiu i 1479 na szosce, w sumie 4002 km). To miły wynik, bo w zeszłym roku cztery tysiące wykręciłem dopiero na początku października. Czyli wciąż wyprzedzam samego siebie, a to cieszy. Z nikim poza samym sobą w tym roku się nie ścigam. Oczywiście porównuję swój przebieg do przebiegów kolegów kolarzy, ale takiej rywalizacji, jaka miała miejsce przed rokiem między mną a Ziomusiem już nie ma. Trochę mi brak tej dodatkowej motywacji, ale - jak widać - nie przekłada się to na słabsze wyniki.
Podobnie jak w zeszłym roku, przykładam swój przebieg do mapy Stanów Zjednoczonych i trasy San Francisco - Nowy Jork. Cztery tysiące to na tej trasie ważna liczba, bo dojeżdża się do miejscowości Freedom w stanie Ohio.
Tak mi się skojarzyło. Do miejscowości Think nie dojadę, bo chyba nie ma takiej. A na ewentualne pytania o Arethę odpowiem od razu - nie, ostatnio z żoną słuchamy Behemotha. Inna bajka.
Link 27.08.2009 :: 13:26
Komentuj (6)
Smutny folklor pod Sejmem:
Wkoło wisiało jeszcze kilka tuzinów transparentów z antyunijnymi, antysemickimi i w ogóle bardzo niemiłymi hasłami. Do tego lista zdrajców czegoś tam, "KDT - pamiętamy" i tak dalej.
Link 28.08.2009 :: 10:59
Komentuj (3)
W lutym pisałem o trudnej sytuacji mojego kolegi z Nocnego Roweru,
Krzycha, chorego na raka mózgu. Apelowałem wtedy o przekazywanie na jego leczenie jednego procenta podatku. Nie wiem, czy ktokolwiek z czytelników mojego bloga (nie licząc przyjaciół, o których wiem skądinąd) przekazał, ale dla tych, co przekazali, mam dobrą nowinę - dziś okazało się, że udało się zebrać ponad 7000 zł (siedem tysięcy złotych!), co starczy na Krzychowe leki przynajmniej do końca roku. W imieniu Krzycha i jego przyjaciół bardzo dziękuję wszystkim jedno-procento-ofiarodawcom i lojalnie uprzedzam, że wrócę do tematu na początku przyszłego roku!
Jeżeli ktoś nie wie, o czym i o kim mowa,
zapraszam na stronę Krzycha!
Link 28.08.2009 :: 23:19
Komentuj (10)
Odwiedziliśmy dziś z synkiem Jadzię, Rafała i ich dziatwę. Trochę posiedzieliśmy, pojedliśmy, dzieciaki się podarły... aż tu nagle... niespodziewanie... ktoś zapukał do drzwi. Była to stareńka, niedołężna sąsiadka, która powiedziała, że ma wielką prośbę i zaprosiła Rafała do siebie. Po chwili wrócił i powiedział, żebym i ja poszedł, bo może mam pomysł...
Okazało się, że starowinka wyrzuciła przez okno klucze (domofon się zepsuł, chciała wpuścić jakiegoś montera czy innego spawacza, a nie miała siły zejść z trzeciego piętra na parter), a one zamiast dolecieć na dół, zatrzymały się na gzymsiku na drugim piętrze, na ślepej ścianie (więc żadnego okna nad), kilka metrów od jej okien. Sytuacja podobna do tej, która przydarzyła się trzy lata temu z
golfem mojej mamy zawieszonym przez wiatr na rynnie.
Po chwili dumania i krótkiej naradzie doszliśmy do wniosku, że potrzebny nam sznurek, ewentualnie nitka, i jakiś ciężarek. Powiedzieliśmy o tym starowince, ale sznurka nie miała, a jako ciężarek zaproponowała nam kilogramową stalową rurę. Ponieważ mieliśmy świadomość, że sąsiedzi niżej mają szyby w oknach i pewnie je lubią, wróciliśmy do mieszkania Rafała, żeby znaleźć coś lepszego. Rafał odszukał wspaniałą szpulę mocnego sznurka i takie coś, co na pewno do czegoś służy, ale nie wiem, do czego:
Przez pół godziny ciskaliśmy na zmianę tym czymś na sznurku w kierunku kluczy. Nie ukrywam - Rafał ciskał celniej ode mnie. Dwa razy trafił w klucze, z czego jedno z trafień przesunęło je na samą krawędź gzymsu. Moje rzuty były w 100% chybione. Niestety obok gzymsu sterczały gałęzie drzewa i po jakimś czasie Rafał zaplątał sznurek wokół gałęzi, a kiedy szarpnął, żeby go uwolnić, sznurek się urwał i nasz ciężarek wylądował na trawniku pod blokiem. Pobiegłem, przyniosłem i ciskaliśmy znów. Nasz plastikowy obciążnik raz po raz dzwonił o szyby sąsiadów piętro niżej i zastanawialiśmy się, kiedy przybiegną uczęstować nas złamanym kutasem (to cytat z Viana, jakby co). Tymczasem starowinka, jakby na przekór, wciąż namawiała nas, żeby spróbować ciskać tą stalową rurą.
Na szczęście z niespieszną pomocą przyszedł nam Boreasz (a może Notos, bo dął chyba z południa), który mocnym podmuchem wydął skórzany fiuterał przyczepiony do kluczy i łaskawie zwiał je z gzymsu na trawnik. Pobiegłem, przyniosłem, misja zakończona.
Link 30.08.2009 :: 16:09
Komentuj (4)
Dziś rano pojechałem sobie na miłą przejażdżkę do Czosnowa. Pojechałem razem z ekipą Nocnych Rowerzystów, którzy jechali dalej, do Modlina, żeby kibicować na maratonie rowerowym. Ja na takie imprezy nie mam czasu, ale z radością odprowadziłem tych, którzy czas mają. W tamtą stronę jechało się bardzo trudno, bo wiał mocny wiatr z północy. Ja jednak i z tego czerpałem radość, bo przecież dobrze się czasem zmęczyć. Peleton ciągnęliśmy głównie Cons i ja. Tu na czele Cons, ja nawet przed przodem:
W Czosnowie śmierdzi!
Z Czosnowa nie pojechałem od razu do domu. Nie mogłem się powstrzymać, więc zawróciłem dopiero w Kazuniu. Zgodnie z moimi przewidywaniami, ten sam wiatr, który utrudniał nam jazdę na północ, umożliwił mi powrót do Warszawy ze stałą prędkością 38 km/h, bez większego wysiłku. Ależ miło sobie tak pojeździć!
Link 31.08.2009 :: 10:46
Komentuj (12)
Od lat co jakiś czas muszę różnym osobom odpowiadać na pytanie, dlaczego fajnie jest jeździć w nocy. Otóż między innymi dlatego, że w nocy można spotkać różne ciekawe zjawiska. Takim ciekawym, choć dość nieszczęsnym, zjawiskiem jest świeżo powypadkowy RomeoAD i jego skasowany rower. Pozuje w miejscu uświęconym krwią... Przewidujący warszawiacy zawczasu uczcili jego mękę stawiając znicze.
Tak wyglądał z bliska jego rower. Ten widelec chyba nie będzie już działał...
A to sam RomeoAD z bliska. Z brody ciekło na tyle mocno, że trzeba ją było zatkać.
Nie miałem jak pomóc, poczekałem tylko z poszkodowanym i towarzyszącą mu Szaloną Wiewiórą na autobus, którym pojechali lizać rany. Pomyśleć, że człowieka może tak załatwić zwykła butelka po piwie. I to nie rzucona przez agresora, ale leżąca sobie spokojnie...